Wiersze

Wiersze czesc 1

Coraz częściej wyciągam

Coraz częściej wyciągam Twoje fotografie
I błądzę po nich tak długo aż zmęczone powieki
Odetną drogę światłu
Wtedy nieruchome jeszcze przed chwilą zdjęcia
Powoli falując wpływają w me zasypianie
I tak jak Alicja w baśni wchodzi przez lustro w zaczarowany świat
Tak Ty dostojnie z fotografii wchodzisz w mój sen
I tak samo jak wtedy
Wbiegasz w me ramiona
Zawsze radosna
Gotowa do ucieczki w szczęśliwe zapomnienia
A gdy rano budzi mnie program radia CBS
Powoli odchodzisz z muzyką do zdjęć.

Ny. 1990 06.02

Czasami, gdy siedzę samotny

czasami, gdy siedzę samotny
w moim a nie moim pokoju
i zapisuję moje a może nie moje myśli
przychodzi pod drzwi cisza
czeka długo, spokojnie
aż skończę rozpoczęte zdanie
i wtedy delikatnie
przez dziurkę od klucza
zasysa się w me otchłanie
i wspólnie jak jeden organizm
łamiemy siatkę matematycznych odniesień
wciągając wszelką energię zakłóceń
czasami cisza zrywa się nagle
z mych uwięzi i pędzi
niespodziewanie ponad otchłanie
coraz wyżej i bliżej przestrzeni ciągłego hałasu
a po chwili
słyszę pisk i słyszę krzyk
ciszy nie słychać więc skąd ten hałas
skąd ta wrzawa
czyżby to była ciszy
rozprawa
z hałasem co ją zawsze pokonać musi
lecz po pewnym czasie
szala zwycięstwa stopniowo
przesuwa się w stronę milczących sfer
powoli znika napięcie
milknie wrzask
a po nitce w moje otchłanie delikatnie spływa cisza.

1989.11.17

Boże daj mi moc panowania

Boże daj mi moc panowania nad czasem i przestrzenią
Abym mogli zrealizować dzieło, którego nie dokończyłeś
I nie zapełniaj tak szybko mego mózgu
Myślami
Chciałbym dokończyć
Myśli poprzednie
Patrząc na me ciało
Zapewne myślisz
Jak mogłem spieszyć tamten świat
Ze ten mały punkt
Złożony z kawałków materii
Cybernetycznego układu i pragnień
Śmie inaczej myśleć
I wznosić do mnie prośby.
Wiec powiem ci Boże
Prosto w oczy
Jeżeli je posiadasz
Ze tworząc ten wielki świat
Musiałeś mieć wielka tremę i cholernego kaca.

Biegniemy a pod powiekami

Biegniemy
a pod powiekami
gałki piasku
zatrzymują nasze spojrzenia.
Wrastamy
w asfalt ulic
a ciepło z naszych nóg
wydobywa
z grudek ziemi
zarodki drzew.
Dotykamy
własnej części
pokrzywionej rzeczywistości
I śmiejąc się jak dzieci
Ciągniemy do uszu melodię
nocnego grajka z Wall Street.
Rozjaśnia północ
w mrugających parkach
swa ciszę.
A ty
Zdejmujesz
ze swej twarzy
powoli wszystkie sny
i mówisz,
że mogę położyć
mój wzrok
na ustach twych.
Zaskoczone myśli
podnoszą brwi wysoko
i zapalają krew.
„Ależ to niemożliwe”
wypływają słowa
w dolinie wieżowców
a echo odbite
woła „wiosna”,
„wiosna jakże ty teraz jesteś radosna”.
i usta ustom
delikatnie jak w bajce
otwierają drogę dziwnych zdarzeń.

Gdy w obłoku materii
biegnącej z ciała do ciała
(wynurza się perspektywa istnienia)
I zapala się iskra wyzwolenia,
Zrywamy się jak wystraszone zające
i uciekamy we własne ramiona
pod drzewami w central parku.

New York. April 2001

Mam siebie i własny świat

mam siebie i własny świat
nie jestem z wami
raczej przeciw
ktoś mnie stworzył
ktoś urodził
w ludzkie gówno wpadłem
śmierdzi mi przez cały czas
boże – mówię do własnego boga stworzonego w nitkach mózgu
czasami w tych nitkach
plączą się moje myśli
często płyną nimi pytania
pod nieznane adresy
dlaczego tu jestem
jaki cel postawiono
w moich programach istnienia
rzeszów 86

Miałaś pluszowe ciało i aksamitny głos

Miałaś pluszowe ciało i aksamitny głos
lecz byłaś płaska jak deska i twarda jak głaz
a jednak
wyrzeźbiłem cię
na kształt i podobieństwo
greckiej bogini miłości
i na drugim piętrze olimpu
na trzydziestu metrach kwadratowych
jakie przydzielił nam bóg komunista
nałożyłem na twe ciało
laurowy wieniec trwania
i było pięknie i było źle
bo życie takie jest
lecz oto przyszedł
któregoś dnia
obcy
ósmy pasażer planety ziemia
w swych szponach
porwał me dzieło
skruszył monolit i rozbił głaz
a wieniec laurowy wyrzucił daleko
i przyszła długa noc
a po niej zwykły dzień.
a świat jak trwał tak trwa
i chociaż mówimy
gdy coś się kończy
nie ma sensu
i wątpimy popadając w rozpacz
to jednak Bóg (niekomunista)
tak urządził ten świat
że czas położy na naszych planach
inny sens istnienia
i chociaż to już nie będzie to co było
może być lepsze lub gorsze
to jednak my tworzyć
dalej będziemy świat
i dalej będziemy trwać
i rzeźbic nowe rzeźby
gdyż materiału jest jeszcze wiele

radom 89 09 02 g14

Agata imię umiłowane

Agata
imię umiłowane
wybrane w ciemnej nocy
z tysiąca gwiazd
spływające natchnieniem w myśli
dające początek
kojarzenia nazwy z człowiekiem
Agata
słowo narastające
w boskie uwielbienie
Agata
biały obłok przemijania
punkt grawitacji
i magnez
dla myśli i uczuć

rz.89.05.01, g2300

Biegnę w szybko poruszającym się pociągu

biegnę w szybko poruszającym się pociągu
pociąg leci w samolocie
a samolot w rakiecie
a rakieta pędzi w układzie słonecznym
układ goni dookoła galaktyki
galaktyka ucieka z grupy
a grupa przepycha się nie wiadomo w jakim kierunku
a ja jestem w tej grupie
i czy chce czy nie muszę podążać w nieznanym kierunku
wybiegam czasami na obrzeza
aby zobaczyć jak daleko oddaliłem się od innych galaktyk
i przerażony pusta przestrzenią
wracam pod strzechy ciepłych promieni światła
i myślę jak dobrze jest leżeć beztrosko
pod gruszą z której nie spadną jabłka.

CZY PTAKI NAPRAWDE SA WOLNE

Lechowi Wałęsie

I znowu do lotu, zbierają się ptaki.
W starym kole malują kierunek swej drogi.
Prostują skrzydła w srebrnych promieniach poranka
i długo, przecig1e długo
gwiżdżą na swoich.
Zrywam się z miejsca
i pędzę‚ i pędzę‚
i ręce rozkładam jak ptak.
Jeszcze kilka metrów.
Jeszcze kilka chwil
i ziemia ucieka spod nóg.
Ustawiam Twarz pod wiatr
i krążę wśród ptaków jak ptak,
coraz wyżej i wyżej.
I gwiżdże na swoich‚ jak ptak.
Ale oni tam w dole, daleko‚
zastane maja kości.
Nie widza w żywiole swych moz1iwosci.
Więc z ptakami jak ptak
w skrzydła biorę wiatr
i frunę ponad obłoki.
Bo tam gdzieś
daleko tam
nie ma żadnych bram.

New York 9 Lipiec 90.

Dosięgłem nieba wyżej niż ptaki

Dosięgłem nieba wyżej niż ptaki
I nad wielka przestrzenią spojrzałem w dół.
Ogrom problemów który mnie otaczał
Rozpłynął się w chmurach
A one gdzieś daleko w dole były takie malutkie.
Dosięgłem nieba, ale nie pozbyłem się myśli
O ziemskich sprawach
Dosięgłem nieba, gdzie słonce świeci
Ostro w oczy
I zamienia radość i zwątpienie
W sen nieprzespanej nocy.
Tu bliżej boga, bliżej gwiazd
Szukam zrozumienia
Naszych problemów
Naszych ziemskich zagmatwanych spraw.

Boening767 lot do NY z-Warszawy- 19.05.1990 godz. 13.50

Czasami, gdy siedzę samotny

czasami, gdy siedzę samotny
w moim a nie moim pokoju
i zapisuję moje a może nie moje myśli
przychodzi pod drzwi cisza
czeka długo, spokojnie
aż skończę rozpoczęte zdanie
i wtedy delikatnie
przez dziurkę od klucza
zasysa się w me otchłanie
i wspólnie jak jeden organizm
łamiemy siatkę matematycznych odniesień
wciągając wszelką energię zakłóceń
czasami cisza zrywa się nagle
z mych uwięzi i pędzi
niespodziewanie ponad otchłanie
coraz wyżej i bliżej przestrzeni ciągłego hałasu
a po chwili
słyszę pisk i słyszę krzyk
ciszy nie słychać więc skąd ten hałas
skąd ta wrzawa
czyżby to była ciszy
rozprawa
z hałasem co ją zawsze pokonać musi
lecz po pewnym czasie
szala zwycięstwa stopniowo
przesuwa się w stronę milczących sfer
powoli znika napięcie
milknie wrzask
a po nitce w moje otchłanie delikatnie spływa cisza.

1989.11.17

Czasami zazdroszczę drzewom

Czasami
zazdroszczę drzewom
gdy mierzą się z wiatrem
uparcia
czasami jak one
milczę
krzycząc w przestrzeń więdnących liści
czasami
wśród refleksji
szukam
zielonych listków
czasami
myślę
a konary pulsują w mym ciele
o drzewach, drzewkach, lasach i dżunglach
ze jedno drzewo na pustyni
jest zbawieniem
a jeden człowiek w dżungli niczym
czasami jak drzewa
stoję
długo w jednym miejscu
i czekam na wiatr
lecz ktoś
do kogo
czasami
mowie
szanuj drzewa
obcina me korzenie
a na ciele wycina nożem dwa serca

i śmiejąc się mówi
a teraz
z wiatrem walcz
i jak drzewo usycham
chwiejąc się upadam
aby mnie pocięto i spalono

New York 1990-07-15 (lipiec)

Domy zielone spalone okna

Domy zielone
spalone okna
rozbite szkło
idziesz ścieżka prosto w las
szpaki fruną
wrony kraczą
spadasz pod skarpety
śmierdzi pot
a nad twoja głowa
ogon zadarł kot
klęczysz rozrywasz pierścień
spadają grzechy
dzwonią łańcuchy
gdy w końcu rzucasz lwom na pożarcie
części niezłożonych zdań
za tobą plonie las
wiec siadasz na desce klozetowej
i myślisz
czym ze jest czas.

new york 1991

Drzewa umierają stojąc

Drzewa umierają stojąc
Moich marzeń świat
Umiera
Jak drzewo, któremu powoli
Obcinano korzenie
Drzewo
Umiera godnie stojąc ponad szarością pól
Moje marzenia
Leżą poskręcane w bolesnej chorobie
Ucieczki od rzeczywistości.

Dziecko me czekaj mnie we śnie

Agacie Burdzy

Dziecko me
Czekaj mnie we śnie
Jak tylko nadejdzie zmierzch
I zamkniesz oczy swe
Z gwiazdy co w Twym sercu śpi
Spadnę pod powieki Ci
I w szumie drzew
Pobiegniemy gdzieś
Gdzie ciszej niż powieki
Zapada w sercu ojcowski śmiech
Dziecko me
Czekaj mnie
Czekaj! Gdyż po którymś śnie
Zamiast słońce, ja pocałunkiem otworze oczy Ci
I przedłużę twój sen…
W rzeczywisty sens
Spełnienia dziecinnych marzeń
I pobiegniemy gdzieś
Gdzie rozpocznie się dzień
Dla twojej radości …

NYC. 1990 Październik

Czasami zazdroszczę drzewom,

Czasami zazdroszczę drzewom, gdy mierzą się z wiatrem uparcia
Czasami jak one milczę, krzycząc w przestrzeń więdnących liści.
Czasami wśród refleksji szukam zielonych listków
Czasami myślę a konary pulsują w mym ciele
O drzewach, lasach I dżunglach
Ze jedno drzewo na pustyni jest zbawieniem
A jeden człowiek w dżungli niczym.
Czasami jak drzewa stoję długo w jednym miejscu
I czekam na wiatr
Lecz ktoś do kogo mowie kocham twój chłód
Obcina me korzenie a na ciele wycina nożem dwa serca
I śmiejąc się mówi a teraz z wiatrem walcz
I jak drzewo usycham, upadam, aby pocięto mnie I spalono
NYC 15-07-1990

Tysiące igieł fruwa nad głowa

Tysiące igieł fruwa nad głowa
co jakiś czas spadając w pęcherzyki niepokoju
podrywam się gdy pęka powietrze
i uciekam po wskazówkach zegara
aż zacznie dzwonić budzik
wtedy zrywam się z przestrzeni nasączonej podejrzeniami
i uciekam w sen
aby żaluzje nie ściskały żalu
a brudne szyby nie mówiły
że za oknem świeci słońce.

ny 1993.19.01

Biegniemy

i śmiejąc się mówi

Biegniemy

z wiatrem walcz

Biegniemy

chwiejąc się upadam

Biegniemy

na jeżykach gorących słów.

Biegniemy

Biegniemy

Biegniemy

a pod powiekami

Biegniemy

zatrzymują nasze spojrzenia.

Biegniemy

w asfalt ulic

Biegniemy

wydobywa

Biegniemy

zarodki drzew.

Biegniemy

własnej części

Biegniemy

I śmiejąc się jak dzieci

Biegniemy

nocnego grajka z Wall Street.

Biegniemy

w mrugających parkach

Biegniemy

A ty

Biegniemy

ze swej twarzy

Biegniemy

i mówisz,

Biegniemy

mój wzrok

Biegniemy

Zaskoczone myśli

Biegniemy

i zapalają krew.

Biegniemy

 wypływają słowa

Biegniemy

a echo odbite

Biegniemy

„wiosna jakże ty teraz jesteś radosna”.

Biegniemy

delikatnie jak w bajce

Biegniemy

Gdy w obłoku materii

Biegniemy

(wynurza się prespektywa istnienia)

Biegniemy

Zrywamy się jak wystraszone zające

Biegniemy

pod drzewami w central parku.

Biegniemy

Boże daj mi moc panowania

Biegniemy

kkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkk

Biegniemy

kkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkk

Biegniemy

kkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkk

Biegniemy

kkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkk

Biegniemy

kkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkk